środa, 31 grudnia 2014

Rozdział 15

Rano budzą nas dzieciaki.
- Ciociu zaspaliśmy do szkoły.
- Macie wolne. - mówię okrywając się bardziej kołdrą.
- Super.
- No, idźcie na dół zaraz przyjdziemy.- Zadowolone wychodzą z pokoju. Opadam na poduszkę. Ja dopiero zasnęłam...Louis to się nawet nie obudził. Wtulam się w niego i znowu zasypiam Budzimy się dopiero około 12. Nasze dzieci śniadanie umieją robić. Grzecznie bawią się w salonie. Nalewam kawy do kubków ziewając. Louis obejmuje mnie w tali.
- Boże... czy my aż tak bardzo się postarzeliśmy?
- Postarzeliśmy? Kotku ty 30 nie masz na karku. - całuję go w usta.
- Ale wcześniej mieliśmy jeszcze więcej nieprzespanych nocy i nikt z nas nie opuszczał szkoły.
- To widocznie trochę tak.
- Ale tylko trochę- całuje mnie w usta,
- Tylko - odwzajemniam pocałunek.
- Patrz nam też zrobiły
- Kochane.- Siadamy do śniadania. Louis zostaje z dzieciakami, a ja jadę do lekarza.
- Dzień dobry - witam się z panią doktor.
- Dzień dobry- proszę siadać. Właśnie to robię. Kobieta mnie bada Wszystko jest w porządku. Daje mu recepty na witaminy. Standard. Wychodzę i dzwoni Louis.
- Annie miałaś nie brać tego samochodu.
- Uuu... -jest zły.
- Chcesz to pojadę nim do mechanika.
- Błagam tylko ostrożnie.
- Będę jechać choćby na jedynce. Będę uważać, nie martw się.
- Wiesz, że i tak będę się martwic
- Wiem.
- Kocham cie
- Ja ciebie też kocham miśku - wsiadam do auta. Jadę prosto do mechanika Jadę naprawdę, naprawdę powoli. I to nie wina samochodu, gdy auto jadące przede mną wpada w poślizg i spycha mnie z drogi. Próbuję jakoś wykręcić. Manewruję kierownicą, ale wiem, że to przegrana sprawa. Auto przewraca się do rowu dachując.. Nie mogę złapać tchu. Czuję jak coś mnie przygniata. Tracę przytomność.
Louis
- Tato, mieliśmy jechać na zakupy - przypomina mi Tola.
- Już.- Biorę kluczyki do drugiego auta i telefon. Wychodzimy z domu zderzając się z policją.
- Przepraszam- mówię
- Dzień dobry. Czy to są pańskie numery? - pokazuje mi rejestracje jeepa.
- Tak. Żona ma ten samochód- Policjanci patrzą na siebie a potem na mnie.
- Pańska żona trafiła do szpitala w stanie ciężkim. Auto jadące z naprzeciwka wymuszało pierwszeństwo i wpadło w poślizg.
- Tato...
- To niemożliwe. To nie prawda...
- Przykro nam.
- Tato musimy tam jechać.
- Już. - Jedziemy do szpitala. Ja nie wiem co tak naprawdę się dzieje w mojej głowie. - Annie Tomlinson, na jakiej sali leż?- pytam się pielęgniarki
- Jest operowana.
- A w jakim jest stanie?
- Ciężkim. Z tego co wiem ma zgniecioną klatkę piersiową jednak dzieciom nic nie jest. Oddycham z ulgą, ale zaraz strach powraca. Dzwonię do taty, żeby zabrał dzieciaki. Przyjeżdża po nie. Jestem przerażony. Siedzę w poczekalni. Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Nic mi nie chcą mówić od wielu godzin. W końcu pojawia się lekarz.
- CO z nią?- Wzdycha głęboko.
- Żyje - mówi. - Nastawialiśmy kręgosłup, ale nie był bardzo narażony. Teraz maszyny za nią oddychają.
- Mogę ją zobaczyć?
- Proszę. Ale jest w śpiączce.
Idę z nim do sali. Moja Annie leży podłączona do niezliczonej ilości maszyn. Nie jestem w stanie w to wszystko uwierzyć. Parę godzin temu.... Leżałem z nią w łóżku. A teraz? Dlaczego ona? Przecież ona nic nikomu nie zrobiła.  Biorę ją delikatnie za rękę. Moje kochanie... Całuje jej palce. Lekarz podje mi jej pierścionek i obrączkę. Wsuwam je na jej rękę i siadam na krześle. Siedzę tak dopóki pielęgniarka nie każe mi wyjść. Jest późny wieczór gdy wracam do domu. Siedzę na kanapie i wpatruję się w jej zdjęcie. Pieprzony kierowca... pieprzony samochód. Czemu nie kazałem jej wracać i sam nie pojechałem do tego mechanika? Zaciskam pięść. W oczach mam łzy. Czy ona się obudzi? Czy jeszcze się uśmiechnie? Nie może mnie przecież zostawić.
- Tatusiu...- Tola do mnie przychodzi.
- Tak maleńka.
- nie płacz. - siada mi na kolanach i ociera łzy.
- Dobrze skarbie. Przytulam ją do siebie
- Mama wróci?
- Wróci.
- Na pewno ?
- Na pewno kochanie.- Pociąga noskiem tuląc się bardziej. Jest taka do niej podobna Nie mogę jej stracić. To jak powietrze. Tola zasypia na moich kolanach. Niosę ją na górę do pokoju. Kładę do łóżka i wychodzę. Zaglądam do Jonathana. On śpi przytulony do misia od Annie. Ma go od urodzenia. Przykrywam go kołdrą i całuje w czoło. Zamykam drzwi. Idę do sypialni. Kładę się na łóżku i wpatruje w sufit. Znów w oczach pojawiają się łzy.  Strata. To nastąpić. Nie mogę jej stracić. Patrzę na swoją obrączkę.

10 komentarzy:

  1. o boze genialny rozdzial tak mi szkoda lou ona nie moze umrzec zabraniam zycze duzo weny i do nastepnego

    OdpowiedzUsuń
  2. Louis nie martw się,jestesmy z toba, wszyscy razem się martwimy o nia :(
    Mam nadzieje ze już niedlugo się obudzi i bedzie wszystko dobrze :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy next? Rozdział super

    OdpowiedzUsuń
  4. Cześć!
    Nominuję Twój blog do Liebster Blogger Award!
    Więcej informacji na: http://hs-fanfiction.blogspot.com/2015/01/liebster-blogger-award-2.html

    NX

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeju ;( kiedy dodasz nastepny?

    OdpowiedzUsuń